Moje rekomendacje

Dariusz Rekosz poleca…

Na marginesie życia

Autor: Stanisław Grzesiuk
Wyd.: Prószyński Media, 2018

Rozpocznę od fragmentu „zajawki”, którą wydawca umieścił na czwartej stronie okładki: „Stanisław Grzesiuk, pisząc tę książkę, wiedział, że umiera i nie ma już czasu. Wszystkie fragmenty, które wskazywano mu do poprawy, usuwał. Miał pomysły na nowe książki… miał umówione kolejne spotkania z czytelnikami… Po latach tekst porównano z rękopisem i przywrócono fragmenty usunięte przez Autora i wydawcę przy pierwszej publikacji. Dopiero dziś poznajemy najbardziej osobistą książkę Stanisława Grzesiuka.”

To prawda. Rekomendowana pozycja jest najbardziej osobistą z osobistych książek, jakie w swoim życiu przeczytałem (a było tego całkiem sporo). Wszystko rozpoczyna się od krótkiej rozmowy z Grzesiukiem, przeprowadzonej przez redaktora czasopisma „Żołnierz Polski” jeszcze w roku 1961. Później lecą „Najważniejsze recenzje” (wszystkie z roku 1964), a później… posłuchajcie: „Umierać na rozkaz nie miałem chęci. W obozie regułą było uśmiercanie więźniów chorych na gruźlicę. Częsty i silny kaszel nasuwał mi myśl, że dostałem może choroby płuc. Toteż gdy w 1944 roku w Mauthausen-Gusen przeprowadzono masowe prześwietlenie więźniów – poszedł za mnie do rentgena inny więzień – zdrowy – któremu oddałem za to dzienną porcję chleba.”

Jak zatem Grzesiuk dowiedział się o swojej chorobie? O tym przeczytacie kilka linijek dalej. Nie chciałbym Wam odbierać przyjemności poznawania kolejnych chwil jego niezbyt łatwego bytu. Czytając, zagłębicie się w osobowość Autora – zupełnie bez opamiętania. Zwłaszcza, że nie bez kozery mówiono o nim „król życia”. Mimo napotykanych co rusz tragedii, nie poddawał się ani chorobie, ani otoczeniu. Pobyty w szpitalach i sanatoriach, awantury z lekarzami, obserwacje innych ludzi (niekoniecznie chorych), a nawet… wizyty w niebie, które nie bardzo mu się podobały – „Rozejrzałem się, ale widzę, że knajp nie ma… Święci z brodami tak jakoś dziwnie wyglądają… Duchy też jakieś do niczego… Uciekłem. Uważam, że warto jeszcze jakiś czas pochodzić po ziemi.”

Prawie 380 stron tekstu podzielono na 9 rozdziałów. Dodano do tego notę edytorską oraz wspomniane wcześniej wstępy. Czyta się to jednym tchem, z wypiekami na twarzy. Usunięte wcześniej fragmenty oznaczono pogrubioną czcionką. Ostatnią z trylogii („Pięć lat kacetu”, „Boso, ale w ostrogach”, „Na marginesie życia”) książkę wydano z megastarannością. Dobrej jakości papier, znakomite łamanie i skład, szyty grzbiet i twarda oprawa – sprawiają, że bez problemu możemy ją sprezentować komuś bliskiemu.

Co najbardziej porusza przy lekturze „Na marginesie życia”? Szczegółowość opisów i pieczołowitość zebranych faktów – chorzy, sanatoria, szpitale, kontakty i rozmowy. Ale przede wszystkim przemyślenia Stanisława Grzesiuka, dzięki czemu „czujemy” jego umieranie, jakby autor leżał na szpitalnym łóżku tuż obok. Czy zdawał sobie sprawę z tego, że jest nałogowym alkoholikiem? Zapraszam na stronę 233. Ciekawe, jakie będą Wasze odczucia, gdy poznacie jego prawdziwe oblicze. Mnie się udało. A jaka wygląda cienka granica pomiędzy życiem i śmiercią? O tym również musicie przekonać się osobiście. Polecam!