Moje rekomendacje

Dariusz Rekosz poleca…

Boso ale w ostrogach

Autor: Stanisław Grzesiuk
Wyd.: Prószyński Media, 2018

Zapewne są wśród Was czytelnicy, którzy doskonale znają tę książkę. Czytali ją niejednokrotnie, a być może nawet stali w ogromnych kolejkach przed księgarnią, żeby zachłannie zatopić się w treści. Ale uważajcie! To nie jest TA SAMA książka. Dlaczego? Posłuchajcie, co na jej „plecach” zamieścił wydawca: „Pierwsze wydanie bez skreśleń i cenzury. Przedwojenna Warszawa okiem młodego warszawskiego cwaniaka. Stanisław Grzesiuk z właściwym sobie humorem i swadą portretuje przedmieścia stolicy z ich obyczajami, tradycją i swoistym kodeksem honorowym, sięgając przy tym po słownictwo i specyficzną gwarę warszawskiej ulicy. Wydanie książki zostało wstrzymane na kilka miesięcy przez cenzurę. Wreszcie w lipcu 1959 roku książka trafiła do księgarń i podobnie jak „Pięć lat kacetu” natychmiast zniknęła z półek. Czytelnicy i recenzenci apelowali do autora i wydawnictwa z prośbą o dodruki. A książka stała się na całe dekady lekturą obowiązkową chłopaków z warszawskich podwórek. Po latach tekst porównano z rękopisem i przywrócono fragmenty usunięte przez cenzurę oraz wydawcę przy pierwszej publikacji. Wydanie zawiera fragmenty najważniejszych recenzji.”

No to mamy jasność. Po raz pierwszy możecie poznać pełną wersję „Boso…” i gwarantuję – przywrócone fragmenty zostały usunięte przez cenzurę nie bez przyczyny. Jeżeli chodzi o treść – co uderzyło mnie od pierwszych wersów tej pozycji? Otóż to, że przedwojennej Warszawie daleko było do europejskiej czy światowej metropolii, jak przedstawia się ją na starych filmach, a współczesne wsie mają się o niebo lepiej, niż nasza niegdysiejsza Stolica. Na dowód – taki oto fragment: „Dom był czteropiętrowy i mieszkało w nim czterdziestu pięciu lokatorów – nie licząc sublokatorów. Mieszkania były jednoizbowe i miały cztery i pół na trzy i pół metra, zajmowały je rodziny złożone z pięciu, siedmiu osób, a były i takie, gdzie mieszkało jedenaście osób. Ustęp był nieskanalizowany, latem unosił się tam taki fetor, że można było się udusić. Wtedy niektórzy chodzili do pobliskiego dziko rosnącego parku albo na puste ogrodzone place, przechodząc przez dziury w ogrodzeniu. Zimą znów nieuprzątane nieczystości zamarzały tak wysoko, że niemożliwością było korzystanie z tego urządzenia.”

Dalej jest opis ulicznego życia, które koncentrowało się w grupkach osób stojących lub przesiadujących na różnych częściach chodnika. Jest też wspomnienie o domowych libacjach, o „charakterności” i o tym, że „kapować nie wolno” – to główny punkt swoistego kodeksu honorowego. Druga obowiązująca zasada – „skarżyć nie wolno, odegrać się wolno”. Była ona przyczyną czasami wieloletnich antagonizmów. Między kolegami, w rodzinie, a nawet dzielnica kontra dzielnica. A ambicje ówczesnych Warszawiaków? „O tym, jaką kto poszedł drogą, często decydował przypadek. […] Młodzieżą nikt się nie interesował. […] Na Czerniakowie było wiele knajp i w każdym sklepie wódka, ale ani jednego kina, świetlicy, biblioteki czy czytelni.” Czytałem z niedowierzaniem. Ciekawe, jakie będą Wasze odczucia…