Moje rekomendacje

Dariusz Rekosz poleca…

Dzień targowy

Autor: Marek Przybylik
Oficyna Wydawnicza Przybylik, 2014

Gdy po raz pierwszy zadzwoniłem do Marka Przybylika i powiedziałem mu: „…bo pan napisał taką książkę o PRL-u”, to bardzo kulturalnie wyprowadził mnie z błędu (bez używania „słów”). „To nie jest książka o PRL-u, ale o handlu, a raczej o jego zdychaniu pod koniec lat osiemdziesiątych i próbach wprowadzenia wolności w tym zakresie”. Faktycznie, podtytuł rekomendowanej pozycji brzmi: „Tak się kończył PRL”, a całość podzielono na rozdziały, których tytuły to liczby oznaczające rok – od 1981 do 1991. Znakomitym uzupełnieniem jest także coś w rodzaju wstępu – „Dziś bez czarnego humoru” oraz „Pionierzy wolnego rynku” – oraz fenomenalne podsumowanie – „Słownik codziennej ekonomii schyłkowego Peerelu” i „Najlepsza rubryka w gazecie”.

Jeżeli ktoś z państwa tęskni za słusznie minionym ustrojem, to koniecznie musi sięgnąć po tę książkę. Być może uświadomi sobie wówczas, że wcale nie było tak różowo, a dostać łopatkę bez kości, to tak jakby dziś znaleźć się na liście dziesięciu pierwszych osób, które polecą na Marsa. Dowiecie się z niej, a właściwie przypomnicie sobie, że to Biuro Polityczne PZPR dyktowało codziennie ceny chleba, pęczku koperku i trampek (jeżeli te udało wam się w ogóle kupić bez kartek!). Stanisław Tym, w zajawce książki pisze między innymi tak: „[…] gdy czytam podszyte subtelną ironią i chirurgiczne zapiski Marka Przybylika, chwytam się za swój łysy łeb. To o nas? Tak. O 40 latach naszego życia i o tym, że w 1989 r. naprawdę nam się udało. Czytajcie! Nawet do poduszki, tylko że wtedy nie zaśniecie.”

Założę się, że większość z szanownych Czytelników nie uwierzy w to, co znajdzie wewnątrz. Że gigantyczne kolejki przed sklepami, w których straszyły nagie haki (bo przecież „lada chwila mogą coś rzucić”) były przeciwważone przez handel bazarowy, który kwitł w najlepsze, jeżeli w ogóle było czym handlować. Polacy mieli na to różne patenty. A niedobory w towarach były takie, że kupowano nawet… kartki – na mięso, na cukier, na gorzałę i papierosy albo komplet. Czy było można później dostać za nie wymarzoną łopatkę bez kości? To już zupełnie inna sprawa.

Młodzi ludzie, gdy czytają te słowa, pewnie sądzą, że opowiadam jakieś brednie. Dziś biura podróży, sieci sklepów, super-, mega- i hipermarkety produkują niezliczone ilości katalogów, zachęcających do skorzystania z tej, czy innej oferty. A w 1981? „Kto nie znajdzie […] towaru dla siebie, może kupić sobie katalog domu wysyłkowego Neckermanna z ubiegłego sezonu. Egzemplarz niedrogi, a oglądania na parę wieczorów.” Znakomite teksty, świetne zdjęcia, kapitalne komentarze! Panie Marku – chapeau bas!