Moje rekomendacje

Dariusz Rekosz poleca…

Alfabet muzyczny

Autor: Marek Sierocki, Witold Górka
Grupa Wydawnicza Foksal, 2014

Czy wiecie kim jest Adelmo Fornaciri? Zapewne większość z Was pomyśli, że to jakiś zapomniany odtwórca piosenek nurtu Italo Disco. Tymczasem okazuje się, że tak naprawdę nazywa się facet, którego znamy jako Zucchero.

Rozpoczynając od zespołu Abba, a właśnie na Zucchero kończąc, Marek Sierocki (do spółki z Witoldem Górką) zaprezentował pięćdziesiąt wizytówek znanych i uznanych idoli popkulturowej sceny muzycznej. Są wśród nich zarówno zagraniczni, jak i rodzimi wykonawcy. Bajm, Depeche Mode, Edyta Górniak, Julio Igelsias, Lady Pank, Madonna, Pet Shop Boys, Ricchi e Poveri, Savage, Helena Vondrackova – to tylko nieliczni, których znajdziecie w tej książce.

Zastanawiacie się zapewne, jakim kluczem kierował się autor, wybierając tę właśnie pięćdziesiątkę oraz po co właściwie wydawać zbiór wzmianek o tak sławnych gwiazdach, skoro nawet w Wikipedii znajdziemy dużo więcej na ich temat? Też się nad tym zastanawiałem. I znalazłem odpowiedź.

Po pierwsze – jak pisze Sierocki w przedmowie do „Alfabetu”, są to ludzie, „…którzy swoim talentem i pracą uczynili ten świat jeśli nie lepszym, to z pewnością przyjemniejszym. Przy ich muzyce bawię się, wypoczywam, doznaję wielkich wzruszeń”. A kawałek dalej: „Jestem didżejem. Wsłuchuję się w melodie, dźwięki i rytmy. Staram się, najlepiej jak potrafię, ułożyć z tego dramaturgiczną całość. Wciągam do zabawy, namawiam do tanecznej euforii i radości wspólnego śpiewania. Pilnuję, żebyśmy w odpowiednim momencie potrafili odpocząć w poczuciu komfortu i przyjemności. Jeśli mi się to udaje, jestem szczęśliwy. Bez muzyki – to wszystko byłoby niemożliwe”.

Przyznacie, drodzy Czytelnicy, że coś w tym jest. A materiał, zebrany w rekomendowanej pozycji czyta się świetnie – sporo tu prywatnych odniesień do jeszcze bardziej prywatnego życia gwiazd. Są także fragmenty wywiadów, jakich nie znajdziecie nigdzie indziej.
I na koniec warto wspomnieć o technicznym aspekcie książki. Ponad trzysta stron „Alfabetu” zamknięto w miękkiej okładce ze skrzydełkami. Okładka w dotyku jest jednak… jakaś inna. Jakby pogumowana? Środek – absolutnie czarno-biały. Łącznie z fotografiami. I całe szczęście, że tak jest. Dlaczego? Przekonajcie się sami!