Moje rekomendacje

Dariusz Rekosz poleca…

Czarny Maciek i wenecki starodruk

Autor: Dariusz Rekosz
Wyd.: Tandem, 2021

„To jest to, o co mi chodziło!” – tym jednym zdaniem mógłbym podsumować wszystko, co dotyczy nowego wydania mojej bestsellerowej serii książek o Maćku, zwanym Czarnym. Zremasterowana treść, znakomicie wykonany skład, szyty grzbiet, twarda oprawa, a przede wszystkim genialna okładka i ilustracje Oli Makowskiej powodują, że po „nowego-starego” Czarnego Maćka sięga się z prawdziwą przyjemnością. No i ta cena! Przystępna dla naprawdę każdego!

Cykl rozpoczyna się od brawurowej wyprawy autostopem do Wenecji, która… nie dochodzi do skutku. Zresztą chyba wszystko w tej opowieści jest brawurowe – dlatego też na „plecach” okładki przeczytacie: „Kradzież pewnej starej księgi, nielegalne substancje wybuchowe i pościg policyjnym helikopterem – czyżby nowy film akcji? Nic bardziej mylnego! Paczka Maćka, zwanego Czarnym, wpada na trop złodziejskiej afery, o zasięgu międzynarodowym. Zamiast skierować się do najbliższego komisariatu, postanawiają rozwiązać wszystko na własną rękę. Pędząca na złamanie karku akcja prowadzi ich w końcu… w ślepą uliczkę. Co, a może kto wybawi ich z opresji?”

No właśnie! Czasami ratunek przychodzi… z góry. I to dosłownie!

Kiedyś powiedziałem, że „Czarny Maciek i wenecki starodruk” to książka, którą od zawsze chciałem napisać. Mimo wcześniejszych publikacji, przygoda, jaką tu spreparowałem siedziała we mnie już jakiś czas. Fajnie poprowadzona intryga, szczegóły wątków pobocznych, które układają się w sensowną całość, pojawienie się bohatera (bohaterki!), która wygląda… tak samo jak inny bohater (bohaterka?) – to zaledwie czubek góry lodowej, na dryfowanie którą zapraszam z czystym sumieniem.

Czy taka „szkolna” powieść przygodowo-detektywistyczna może być w dzisiejszych czasach ciekawa i inspirująca? Okazuje się, że tak! Pamiętam takie zdarzenie… Co prawda miało ono miejsce przy pierwszej edycji tej książki, ale równie dobrze mogłoby się wydarzyć kiedykolwiek. Otóż… Po jednym ze spotkań autorskich otrzymałem wiadomość e-mail, a w niej takie mniej więcej zapytanie: „Dzień dobry. Byliśmy z dzieckiem na spotkaniu, związanym z Czarnym Maćkiem. Teraz jesteśmy w Wenecji i prosimy o podanie nazwy muzeum, z którego skradziono starodruk, bo chcielibyśmy… zrobić sobie z nim zdjęcie.” Kiedy indziej znów zapytuje mnie młoda czytelniczka: „A czy siostry Góreckie z Czarnego Maćka to jakaś rodzina z księdzem Góreckim z trzeciej części Morsa i Pinky? Bo wie pan, przeczytałam już wszystkie pana książki, a tak mi się skojarzyło, bo ja też nazywam się… Górecka.”

Często pytają mnie, skąd biorę pomysły do pisania. Z reguły (uśmiechając się z lekkim przekąsem) mówię, że… z głowy. Bo jest to zgodne z prawdą. Nie chodzi jednak o to, że wszystko w moich książkach jest absolutnie zmyślone (bo to przecież literacka fikcja), ale większa część rzeczy w nich zawartych, to autentyczne miejsca lub osobiste przeżycia. Nie inaczej ma się sprawa z „weneckim starodrukiem”. Zaliczyłem dużą podróż autostopem (w roku 1994 przejechałem przez pół Europy, robiąc prawie 5000 km), występujący w treści Szczyrk i jego ulice są jak najbardziej rzeczywiste, a tytułowa osiemnastowieczna książka – istnieje naprawdę! Prawdziwe są także inne lokacje i ich fragmenty – nazwy obiektów handlowych, parków, numerów dróg czy modele samochodów. Stąd zdarzają się kolejne zapytania od czytelników: „panie, co w tej książce jest prawdą, a co nie?”

Jeżeli chcecie sprawdzić, ile realizmu, a ile fikcji znaleźć można w powieści „Czarny Maciek i wenecki starodruk” – zapraszam między okładki. Gwarantuję olbrzymią frajdę z rozpoznawania znanych Wam miejsc. A może ktoś Was znajdzie tam również… siebie? Miłej lektury!